in Podróże, Relacje

Krótka historia o miłości

at
krotka-historia-o-milosci

Zakochałam się w nim właściwie od pierwszego wejrzenia. A raczej – usłyszenia. Po szkole zwykle mogłam sobie pozwolić na krótki seans kreskówek na RTL7. Tego dnia przełączałam kanały, by zasiąść przed telewizorem i pomiędzy łykami zupy śledzić przygody Inspektora Gadżeta. Jednak tym razem nie było mi pisane spotkanie z zabawnym policjantem w dziwnym płaszczu. Spomiędzy setek programów blokowej telewizji kablowej popłynęły dźwięki, które mnie oczarowały. Które sprawiły, że dzisiaj jestem właśnie tu, gdzie jestem.

W Hiszpanii.

Pierwsze spotkanie

To była jakaś telenowela, może argentyńska, może wyprodukowana w Peru. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że hiszpański, którym się posługują, jest ich własną odmianą czystego castellano. Z charakterystyczną wymową, akcentem, intonacją i właściwym sobie słownictwem. Teraz jestem w stanie usłyszeć różnicę, przynajmniej odróżnić Hiszpana od Latynosa. Wtedy jednak wcale mnie nie śmieszyły pełne patosu, śpiewnie akcentowane zdania, wszystkie te pełne dramatyzmu: Estoy embarazada! Soy tu madre! I najważniejsze: Te quiero!

Pachnąca szkolnymi korytarzami ośmiolatka jak zahipnotyzowana wpatrywała się w ekran pełen pięknych ludzi o błyszczących włosach, cierpiących kobiet o niewinnych spojrzeniach i uśmiechających się złowieszczo brunetek w czerwieniach. Bajka o kopciuszku w nowoczesnym wydaniu.

Ale to nie fabuła była ważna.

Tylko język.

Zauroczenie

Jak oni mówili! Nie był to angielski, który przy wszelkich próbach właściwego akcentowania przyprawia cię o zwichnięcie języka i nadwyrężenia żuchwy. To był język, który płynął tak swobodnie, a jednocześnie tak uwodzicielsko, ze swoim czarującym sepleniącym z, które do tej pory mnie roztkliwia. Tak jak to bywa z miłością od pierwszego wejrzenia, nie obyło się bez motyli rozbijających się w żołądku za każdym razem, gdy usłyszałam i rozpoznałam castellano. Z niewiadomych przyczyn te dźwięki wiązały się w mojej głowie z czymś nieokreślonym, ale jednocześnie pociągającym i ekscytującym.

Pierwsze podstawowe słowa przyswoiłam sobie dosyć szybko, nie dając się zagadać beznamiętnemu głosowi lektora. Było jasne, że muszę się hiszpańskiego nauczyć.

Ale… wcale tego nie zrobiłam. Wokół swojej fascynacji chodziłam na palcach, obserwując ją z uwielbieniem i… z dystansem. Z obawą, że może rozczarować. Z radością podśpiewywałam sobie jakieś piosenki początkującego wtedy Enrique Iglesiasa, Shakiry czy Natalii Oreiro. Po latach dopiero zorientowałam się, jak wiele słów wziętych „na słuch” przekręcałam!

Jako dwunastolatka uprosiłam rodziców, żeby zapisali mnie na kurs hiszpańskiego. Chodziłam na zajęcia trzy miesiące, wiele zwrotów sobie przyswoiłam, ale… pozwoliłam, żeby szkolne zajęcia uniemożliwiły mi kontynuowanie nauki.

W gimnazjum i liceum uczyłam się włoskiego. Dlatego, że niemieckiego nie chciałam znać. Dla zasady. I dlatego, że włoski był podobny do hiszpańskiego. Ale nigdy tak samo piękny. Zawsze był tym drugim. Uroczym, śpiewnym, ale niekochanym.

Może gdybyśmy poznali się wcześniej…

Bliższa znajomość

Nie pamiętam już, jak i kiedy zainteresowała się pracą w charakterze au pair. Któregoś chłodnego, zimowego dnia, po zajęciach na uczelni, zalogowałam się na portalu dla rodziców poszukujących au pair. Podczas zakładania konta zaznaczyłam, że interesuje mnie praca w USA i we Włoszech. I w Hiszpanii. A właściwie tylko w Hiszpanii. Przeglądałam profile różnych rodzin, dosyć niezobowiązująco, ale zawsze z przyjemnością odczytując hiszpańskie nazwy miejscowości. Wreszcie zdecydowałam się wysłać wiadomość do Lai, matki uroczej trójki dzieciaków spod Barcelony. Po bardzo udanej wymianie maili i przeprowadzeniu rozmowy przez skype’a zdecydowałam się jechać do nich.

Jednak moje serce łkało – Barcelona to nie Andaluzja, to nie południe i jego upalny urok i mieszkańcy zostawiający drzwi do swoich domów zawsze otwarte. Barcelona to chłodna północ, w dodatku rodzina Katalońska, na co dzień nie posługująca się castellano. Ale jednak Hiszpania. Ale jednak ulice, które od czasu do czasu niosą urocze hiszpańskie dźwięki.

Po Barcelonie wyjechałam na tydzień do Madrytu i zupełnie się zakochałam. Spędziłam jeden z upalnych dni spacerując w samotności po Prado i jego niekończących się salach. Poznałam Hiszpanów, z którymi podziwialiśmy nocny Madryt, jego ulice, restauracje i parki pełne nocnych marków. Dałam wreszcie szansę mojemu marzeniu i spędziłam kolejny miesiąc na kursie języka w Salamance. Tutaj po raz pierwszy przesiedziałam wiele godzin, popijając czerwone wino i rozmawiając. Po hiszpańsku. Tutaj wreszcie rozwiązał mi się język i wszystkie zakopane w pamięci frazy ujrzały światło dzienne. No, może poza Estoy embarazada😉

Ale to wciąż nie było południe, to nie byli jeszcze ci Hiszpanie, których chciałam usłyszeć, to jeszcze nie był ten leniwy, andaluzyjski dialekt.

Kto nie ryzykuje…

Kolejny rok studiów w Polsce, kolejne zimowe popołudnie. Chociaż obiecałam sobie, że już nie będę pracować jako au pair, to jednak przeglądam stronę z ogłoszeniami dla opiekunek za granicą. I wreszcie trafiam na ogłoszenie. Na zdjęciu morze. Sprawdzam miejscowość. Marbella, prowincja Malaga. Samo południe. Mieszkanie 5 minut od plaży. Dwójka dzieci. Piszę maila, jestem zainteresowana.

I w tym samym czasie odzywa się zeszłoroczna rodzina z Barcelony. Pytają, czy chcę w tym roku znów u nich pracować.

Zaryzykować czy wybrać to, co znane i sprawdzone, chociaż nie idealne? Waham się długo, ale wreszcie decyduję: warto zaryzykować.

Ryzyko się opłaciło. Miesiąc plażowania z dzieciakami, codzienne rozmowy po hiszpańsku. Ciągle cieszy mnie jak dziecko dźwięk hiszpańskich słów.

I ostatni tydzień w Marbelli. Najbardziej czarujący i szalony tydzień w moim życiu.

Wszystkie decyzje, które nieświadomie prowadziły do jednej chwili.

Epilog

Rok później przyjeżdżam do Marbelli znów. Nie sama. Z Danielem. Hiszpanem z południa, który porzucił słoneczną Andaluzję i kupił bilet w jedną stronę. Do Polski.

Przed chwilą wróciłam z wykładu. Estetyka, fascynująca opowieść o tym, czym jest piękno i jak je postrzegano w różnych momentach dziejów. Wykład wygłoszony z pasją, pełen ilustrujących słowa obrazów dawnych i współczesnych artystów. Po hiszpańsku. Bo w tym roku studiuję w Hiszpanii.

Bo w tym roku mieszkam w Hiszpanii.

Tylko dlatego, że kiedyś między jedną a drugą kreskówką na RTL7 mała dziewczynka zakochała się pierwszy raz w życiu.

Aniela

  • Piękna miłość, a w dodatku jeszcze piękniej opisana! Wyczuwam ogrom szczęścia pomiędzy wierszami:)

  • Tak jak Ty przeszłam kiedyś zauroczenie Hiszpanią, przez co obecnie… płacę tego konsekwencje. Mieszkam w Andaluzji. Zauroczyłam się jako 17-latka podczas wakacji na Costa Brawa (to nie Andaluzja lecz okolice Barcelony). Po wakacjach marzyłam, by w przyszłości tu zamieszkać nie za bardzo wierząc, że to się wogóle spełni. Zaczęłam się uczyć hiszpańskiego a potem masa innych okoliczności sprowadziła mnie tutaj i przy okazji do Maroka. Un saludo y te deseo buena semana.

    • Dorota, piszesz „konsekwencje” – czy to znaczy, że nie jesteś zadowolona ze swojego wyboru? Ja nie planuję zostać w Hiszpanii na zawsze, mamy bardzo jasno określoną datę powrotu do Polski:) Jak to z miłością bywa – widzę nie tylko zalety, ale także wady Hiszpanów. I przede wszystkim staram się pamiętać o tym, by zawsze słuchać głosu rozsądku. Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za komentarz! Będę od czerwca w Marbelli, więc jeśli będziesz miała ochotę na jakieś mini spotkanie blogerskie to daj znać!:)

      • Jak to w życiu bywa, Hiszpania ma wiele zalet, jest w miarę bezpieczna do życia, ale nie wszystko ułożyło się tak jak sobie zaplanowałam. Jednak mam teraz konkretne powody by teraz zostać i konkretny powód który sprawiłby, że zmieniłabym miejsce zamieszkania. Tylko jak narazie się on nie nadarzył mimo starań. Może coś dzieje się po coś. Parę razy stąd wyjeżdżałam i wracałam. Tak wogóle to mieszkam w Granadzie i często bywam w Maladze i Fuengiroli. Od czerwca? Będę pamiętać?

        • Na pewno się przypomnę:) Pamiętam, że Granada latem to niezłe wyzwanie. Jestem przekonana, że ostatecznie nie miejsce zamieszkania, ale to, z kim je dzielimy, sprawia, że czujemy się jak w domu:)

  • A podobno taka miłość to tylko na filmach i w bajkach 😉 Bądź szczęśliwa!

  • Bardzo przyjemnie czytało mi się Twój post 🙂
    Czasem warto zaryzykować, kto nie ryzykuje nic nie zyskuje 🙂

    • Dokładnie:) Czasem boimy się nowości, chociaż rozsądek podpowiada, że mogą być początkiem czegoś naprawdę niezwykłego:)

  • Przepiękna historia i cieszę się, że spełniłaś i spełniasz swe marzenia!

    • Dziękuję!:) Zależy mi na tym, by osoby, które tak jak ja czasem boją się nowości i ryzyka wiedziały, że czasem naprawdę nie ma się czego bać:)

  • Trzeba iść za sercem, innej właściwej drogi nie ma 😉

  • Super się Ciebie czyta! Zostaję na dłużej. A ja też kiedyś zakochałam się w hiszpańskim właśnie przez telenowele, ale nie mam takiej historii do opowiedzenia 🙂

    • Dziękuję!:) Będzie mi bardzo miło, jeśli zajrzysz do mnie od czasu do czasu:) A Twój blog zapisuję w zakładkach, bo uczę tu w Hiszpanii angielskiego i wszelka inspiracja mile widziana:)

  • Wspaniała historia! Przepięknie i ciekawie opisana 🙂 Gratuluję ci i życzę spełniania kolejnych marzeń. PS. Ja mojego chłopaka poznałam przez internet i zaprosił mnie do siebie do Irlandii (kraj może nie tak romantyczny jak Hiszpania) ale zostałam i jestem tutaj z nim już ponad 2 lata.

    • Irlandia też jest romantyczna, może bardziej tajemnicza… Cieszę się, że decyzja o wyjeździe okazała się trafiona:) No i gratuluję dwóch lat blogowania!:)

  • MalikaYasmina

    Zgadzam się z tym, że trzeba czasem zaryzykować, bo można wiele zyskać. Bardzo ciekawy tekst 🙂

  • A jak tak w ogóle poza tematem. Masz niesamowicie piękne logo 🙂

  • Pięknie napisane 🙂 choć wcale nie krótka ta historia 😛

  • Przepiękna historia! No i pewnie, że warto ryzykować, bez tego tkwilibyśmy cały czas w jednym miejscu 🙂 Życzę wiele miłości i szczęścia!

  • Piękna historia!
    Pozdrawiam z Madrytu 🙂