Ślub, Życie w Hiszpanii

Historia o tym, jak nasz ślub prawie się nie odbył

by Aniela-
nasz-slub-prawie-sie-nie-odbyl

Historia mojego ślubu mogłaby śmiało stać się kanwą powieści z dreszczykiem lub scenariuszem filmu dla osób o mocnych nerwach. Jak to w takich opowieściach często bywa, sielankowe początki stanowią jedynie krótkie preludium dla mrożących krew w żyłach wydarzeń, które kruszą nawet najtwardsze serca.

 

Powszechnie uważa się, że największym zmartwieniem panny na wydaniu jest odnalezienie kawalera, który zaproponuje jej małżeństwo. Nic bardziej mylnego. Prawdziwe schody zaczynają się, gdy okazuje się, że rzeczoną pannę o rękę prosi Hiszpan, ślub odbędzie się w Polsce, a młoda para mieszka w Hiszpanii.

 

Skłonna jestem przypuszczać, że inna osoba, która miałaby dwa lata na przygotowanie wesela, roztropnie wzięłaby się za organizację jak najwcześniej, a miesiąc przed ślubem zafundowałaby sobie pobyt w spa dla ukojenia nerwów i poprawienia kolorytu skóry.

No, ale tą osobą, jak już pewnie się domyślacie, nie będę ja.

 

Jestem przekonana, że w dniu moich narodzin jakaś zabłąkana planeta przysłoniła słońce, a z niebios rozległ się głos: “Drżyjcie moi drodzy, oto na świat przyszło dziecko, którego imię w staropolskim języku brzmi Aniela, co się tłumaczy ta, która odkłada wszystko na ostatnią chwilę”.

 

Szczęśliwe złego początki

Chcąc zerwać z wieloletnią tradycją odkładania na później, już kilka dni po zaręczynach objeżdżaliśmy okoliczne sale weselne w poszukiwaniu tej jedynej. Na coś się wreszcie przydały te wpadające jednym uchem przestrogi o rezerwacjach weselnych czynionych dziesięć lat na przód. Sala się znalazła, a my, wyczerpani poszukiwaniami, spoczęliśmy. Na laurach.

 

Pierwszy rok narzeczeństwa upłynął nam w Hiszpanii. Mało hiszpańskie deszcze siekły nasze grzbiety w Valladolid, gdzie biegałam między światłymi bramami uniwersytetu, a salką z Myszką Miki na ścianie, dając lekcje angielskiego rozbrykanym czterolatkom. Ślub wydawał się odległym wydarzeniem.

 

Wyglądało nawet na to, że Opatrzność czuwa nad tym, aby małżeństwo mogło dojść do skutku: gdy wybierałam suknię ślubną w grudniu, przy okazji wizyty w Polsce, powiedziano mi w salonie, że chociaż to już naprawdę ostatni moment (ślub w sierpniu), to jednak uda się ją uszyć. Kiedy przy okazji przypadkowej rozmowy dowiedzieliśmy się, że następnego dnia zaczynają się jedyne nauki małżeńskie tej wiosny w naszej hiszpańskiej okolicy, wzięliśmy to za szczęśliwy zbieg okoliczności.

 

Pierwsze komplikacje

 

Maj zbliżał się wielkimi krokami, zaproszenia, po ostatecznym (ha ha) zamknięciu listy gości, zostały rozesłane.. Mogliśmy już spoglądać na siebie zamglonymi oczyma, wyobrażając sobie powłóczyste suknie i eleganckie garnitury, już już prawie wąchaliśmy odurzający zapach kwiatów ustawionych w kościele, lekki wiatr rozwiewał (nie za bardzo jednak) moją misternie ułożoną fryzurę…  Zaczęło mi się nawet wydawać (o ja naiwna), że z tym ślubem to jednak wiele hałasu o nic, da się wszystko szybciutko załatwić.

 

Pewnego wieczoru, przeglądając blogi i facebooki, postanowiłam wrzucić w google zapytanie: dokumenty potrzebne do ślubu z obcokrajowcem. Mój błogi spokój zadrżał w posadach, gdy czytałam o tym, ile czasu trwa załatwianie wszystkich formalności. Nerwowo zaczęłam obliczać: maj, czerwiec, lipiec – do sierpnia mam trzy miesiące z kawałkiem. Hiszpania ma trzy miesiące na wystawienie jednego papierka, Polska strona chce go miesiąc przed ślubem – NIE ZDĄŻĘ – zadźwięczało w mojej głowie. W otępieniu wpatrywałam się w ekran, oczy podejrzanie zwilgotniały. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że przez brak wiedzy i przezorności, mój ślub najprawdopodobniej się NIE ODBĘDZIE.

 

Odwołać salę? Stracić wszystkie zaliczki, odwołać zaproszenia, przełożyć na za rok, skąd jednak w tak krótkim terminie wezmę salę? Mój zdesperowany umysł powiedział mi: po prostu odwołaj wszystko, możesz wyjść za mąż jesienią, zaprosisz kilka osób i tyle. Zepsułaś swój ślub, pogódź się z tym.

Rozstania i powroty

 

Problem polegał na tym, że aby Hiszpanie w ogóle rozpoczęli procedurę wydawania mojemu narzeczonemu zaświadczenia o zdolności prawnej do zawarcia małżeństwa w Polsce, musiałam im dostarczyć swój akt urodzenia i  zaświadczenie o stanie cywilnym. To ostatnie można odebrać tylko i wyłącznie OSOBIŚCIE. Żeby pojawił się chociaż cień szansy, że Hiszpania wyda swoją część dokumentów na czas, musiałam swoje papiery dostarczyć NATYCHMIAST.

Istniała jednak całkiem spora przeszkoda: pracowałam wtedy w szkole językowej w Marbelli, w której byłam głównym nauczycielem – nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić, zatem o urlopie nie mogło być mowy. Prowadziłam zajęcia od poniedziałku do czwartku, więc w grę wchodziła jedynie absolutnie krótka, weekendowa wizyta w Polsce. No tak, ale urzędy nie działają w weekendy. Stanęliśmy więc z moim tatą na głowie, aby załatwić lot wczesnym rankiem w piątek, żeby zdążyć w ostatniej chwili odebrać potrzebne zaświadczenie.

 

Na szczęście można o tego typu dokument prosić w jakimkolwiek polskim mieście, więc odebraliśmy go we Wrocławiu, a nie w Bielsku, do którego byśmy nawet nie zdążyli dojechać. W międzyczasie zepsuł się samochód, którym tata odbierał mnie z lotniska, więc naprawdę rzutem na taśmę dokument trafił w moje ręce. W poniedziałek po południu byłam już z powrotem w Marbelli. Hiszpański urząd rozpoczął procedurę przygotowywania dokumentów potrzebnych do zawarcia małżeństwa w Polsce. Mogliśmy tylko trzymać kciuki w nadziei, że wydadzą je wystarczająco szybko, by ślub mógł się odbyć.

 

Licencja na zamążpójście

 

Tymczasem odkryliśmy, że procedury kościelne także nie należą do najłatwiejszych. Musieliśmy spisać w naszej hiszpańskiej parafii protokół przedmałżeński i uzyskać licencję na wzięcie ślubu poza naszą parafią. To udało się zrobić w miarę szybko, ale dokumenty drogą kościelną musiały najpierw trafić do biskupa Malagi, a stamtąd do ordynariusza diecezji bielsko-żywieckiej. Żeby przyspieszyć nieco tę procedurę, mój narzeczony osobiście odwoził protokół do kurii w Maladze, oszczędzając im tym samym drogi pocztowej z Marbelli. Na szczęście trafiły do Bielska na czas.

 

Na dokumentu z hiszpańskiego urzędu stanu cywilnego czekaliśmy w napięciu, w międzyczasie dowiadując się, czy w ogóle można wziąć ślub kościelny bez ślubu cywilnego (w razie czego). Musieliśmy liczyć się z możliwością, że dokumenty nie dotrą na czas, albo że polscy urzędnicy nie zechcą ich przyjąć, jeśli pojawią się zbyt późno. Zamiast myśleć o weselu, fryzurach i makijażach, modliłam się o to, żeby ślub mógł w ogóle dojść do skutku.

 

Nadszedł koniec roku szkolnego w Hiszpanii. Z wylotem do Polski czekaliśmy, aż hiszpański urząd wyda nam to nieszczęsne zaświadczenie o zdolności do zawarcia związku małżeńskiego. Teoretycznie miał czas aż do sierpnia. Na szczęście dokument trafił w nasze ręce trochę wcześniej – odetchnęliśmy z ulgą. Może jednak wyjdę za mąż.

 

Pan Kierownik

 

Kilkanaście dni przed ślubem stawiliśmy się w polskim urzędzie stanu cywilnego wraz z tłumaczem (obowiązkowo, nawet jeśli obcokrajowiec mówi po polsku) i dokumentami przywiezionymi z Hiszpanii. Wyglądało na to, że cała ta szaleńcza odyseja z elementami robinsonady dobiega wreszcie końca…

 

Nic bardziej mylnego. Mój przyszły mąż przywiózł ze sobą odpis aktu urodzenia. W Hiszpanii można taki pobrać drogą elektroniczną. Jednak kierownik naszego urzędu stanu cywilnego stwierdził, że nie zaakceptuje takiego dokumentu. Na nic zdały się tłumaczenia, prośby… Powiedział, że jeśli nie dostanie aktu urodzenia w formie, jakiej sobie życzy, nie wyda zgody na  zawarcie związku małżeńskiego.

 

Powoli zaczynała nas ogarniać rozpacz. Nie było czasu na to, żeby mój narzeczony poleciał do Hiszpanii, dostał dokumenty i wrócił. Jedyną nadzieją okazała się mama Daniela, moja przyszła teściowa. Do Polski miała przylecieć w czwartek przed ślubem (sobota). Podjęła się więc zadania: pojechała do Malagi, namówiła panie urzędniczki, by wydały jej potrzebny dokument od ręki i przywiozła go do Polski.

 

I tak oto dwa dni przed ślubem jeszcze raz trafiliśmy do urzędu stanu cywilnego z nadzieją, że nie czeka nas już więcej niespodzianek. Na szczęście tym razem wszystko poszło sprawnie, panie urzędniczki okazały się bardzo miłe i WRESZCIE dostaliśmy dokumenty potrzebne do zawarcia związku małżeńskiego. Żadna suknia, sala czy dekoracja nie sprawiłaby nam większej radości.

 

Morał

 

Jaki morał z tej bajki? Jeśli czeka Was ślub z obcokrajowcem, w pierwszej kolejności zasięgnijcie informacji dotyczących dokumentów. Nie można załatwiać wszystkiego zbyt szybko (niektóre zaświadczenia nie mogą być starsze niż sześć miesięcy), ale też nie wolno zostawiać tego na ostatnią chwilę (ech). Swoją drogą nie wyobrażam sobie organizowania ślubu z kimś spoza Unii Europejskiej – musi to być jeszcze bardziej skomplikowane.

 

I najważniejsze: bez pomocy rodziny naprawdę trudno byłoby zorganizować ślub na odległość i zażegnać dokumentowe kryzysy. Mamy najlepszych rodziców pod słońcem i jestem pewna, że tylko dzięki nim mogliśmy cieszyć się naszym wyjątkowym dniem tak, jak zaplanowaliśmy.

 

  • Historia mrozi krew w żyłach! Ale skoro początek małżeństwa był taki trudny i szalony, to teraz już pójdzie z górki 🙂 Szczęścia Kochani i miłości!

    • Dziękuję! Rzeczywiście, później jest już tylko łatwiej:) Teraz wspominamy to wszystko z nostalgią, ale wtedy nie było nam do śmiechu;D

  • W tych czasach, takie dokumenty powinny być przeysłane pomiędzy urzedami elektronicznie. To przerażające ile czasu teraci się na takie przewożenie. Cieszę się jednak, że wszystko skończyło się pozytywnie, a sam ślub doszedł do skutku. Życzę Wam, byście za dużo takich przejść w swoim życiu juz nie mieli.